Przejdź do treści

Blog - psiapsota

Pomiń menu

Blog

Nasze psiaki - jak traktować, szkolić i rozpieszczać
Pies żywa istota
Opublikowany przez kokoss - 31 Gru 2024
07.12.2024
"Psy to anioły, które nie odleciały do nieba"

RAF samiec rasy Barbet
         Mój kontakt z psami zaczął się, kiedy miałem 3 miesiące ...  Mama bardzo chciała psa a do tego uważała, że dzieci inaczej się chowają, kiedy przebywają w otoczeniu zwierzaków ... i miała rację. Nie wierzę, że psisko rasy Barbet o imieniu RAF - mój pierwszy pies i jednocześnie wierny przyjaciel, był traktowany jako "zabawka" dla synusia ... To był prawdziwy psi przyjaciel a nawet anioł stróż mojego marnego truchła. Ale od początku …
         Pewnej gorącej sierpniowej nocy, wrzeszcząc jak przypalany ogniem przyszedłem na świat …  swoją drogą chyba wiedziałem co mnie czeka na tym łez padole. Ogólnie do trzeciego miesiąca byłem rozdartym wrednym bachorem, którego usypiało się szarpiąc wózkiem, w którym byłem, we wszystkie strony świata. Być może dlatego że jako syn marynarza już od plemnika byłem przyzwyczajony do wiecznego bujania a może brakowało mi bratniej duszy.
           W październiku tego samego roku, rodzina nasza powiększyła się o jeszcze jednego członka – był to szczeniak. Wstępnie podejrzewany o rasę pudla. Taka mała, brązowa kulka … z natury spokojna i bardzo ciekawa świata. Rodzinka wybierała przez kilka dni różne nazwy i imiona dla małego śmierdziela (choć nie wiem kto bardziej smrodził – ja czy on). Były różne propozycje, ale był to pies matki i ona ostatecznie nadała mu imię. Nazwała psa imieniem RAF, bo tak się nazywał brązowy kudłacz. RAF był to skrót od królewskich sił powietrznych. Tak jak nasi dzielni piloci się spisywali w czasie II wojny światowej broniąc Albionu, tak nasz domowy RAF dzielnie sobie radził w ochronie mojego małego osranego tyłka.
           Mieszkaliśmy na parterze w starej kamienicy, gdzie w oficynie był warsztat szewski a wejście do warsztatu było zaraz pod oknem naszej werandy.  Proste betonowe schody wiodące na wprost do warsztatu jakieś 3 a może 4 metry w dół licząc od parapetu naszego okna.
          Moje łóżko i zarazem centrum dowodzenia światem, stało zaraz przy parapecie. Domownicy jakby nie zauważali, że rosnę i staję się z każdym dniem sprawniejszy … piszę sprawniejszy, bo słowo -   sprytniejszy, było by nadużyciem. W łóżeczku był wyłamany szczebel, Raf wciskał się przez dziurę do mojego łóżka i wtedy rozrabialiśmy we dwóch. Tego dnia, Raf przysypiał w rogu łóżeczka zwinięty w kulkę. Ja wręcz nieszczęśliwy, że psisko ma mnie w nosie, postanowiłem zwiedzić świat. Ot tak sobie, zrobić mały wypad w teren. Po podłożeniu zabawek i obłożeniu całego majdanu kołderką i podusią stworzyłem całkiem fajną budowlę, po której śmiało mogłem się wspinać na poręcz łóżeczka a stamtąd wprost na parapet… I mało brakowało a poleciał bym w świat. Może słowo „poleciał” to jest przegięcie, ale na pewno bym spadł na schody do warsztatu. Obaj mieliśmy coś po 6 może siedem miesięcy. Raf stawał się silnym i zmyślnym psiakiem. Ja wówczas nie zdawałem sobie sprawy, że moje pocieszne życie toczy się pod bacznym okiem psa. Ale jak pisałem wcześniej, wdrapałem się na parapet i w jakiś dziwny nie określony sposób chciałem zbadać działanie grawitacji. Łapskami już trzymałem zewnętrzny rant parapetu, kiedy jakaś dziwna siła złapała mnie za gacie wypchane pieluchą i delikatnie skierowały mój pierwszy swobodny lot z powrotem do łóżeczka. Okazało się, że Raf widząc ci się święci, postanowił za pomocą paszczy sprowadzić mnie na miejsce. Rozdarłem się w niebogłosy, bo wręcz nienawidziłem i dalej nienawidzę jak ktoś mi psuje plany. Nie wiem który z domowników słysząc moją rozdartą mordę, z impetem wpadł na werandę, aby zobaczyć o co walczę. Raf dalej mnie trzymał za dupsko i powarkiwał, jakby udzielając mi reprymendy. Parapet był brudny i lekko obsrany przez mewy, których na terenie przybrzeżnym było bez liku. Ów domownik, który pierwszy mnie zobaczył od razu skojarzył fakty. Byłem uświniony od czubka nosa po skarpetki. Pies mnie trzyma za gacie i lekko powarkuje… jak nic – musiałem wleźć na parapet a Raf po prostu mnie ściągnął do łóżeczka. Żaden z nas nie dostał w dupsko … ale łóżeczko już więcej nie stało koło okna.
         Druga przygoda, też prawie motoryzacyjna zdarzyła się latem 1967 roku. Jako roczny i wszędobylski rzezimieszek, byłem przypięty do spacerówki szelkami w wyraźnym celu ograniczenia zapędów poznawczych. Mama moja z starszą siostrą wybrały się na spacer po Wrzeszczu, zabierając mnie w spacerówce i Rafa na smyczy. Przy ulicy Wajdeloty, we Wrzeszczu, w dolnej części ulicy po lewej stronie idąc w stronę dworca PKP, był sklep z mięsem, kiedyś się to nazywało rzeźnik.  Mama zaparkowała wózek koło wejścia do sklepu. Rafcia uwiązała do wózka i razem z moją starszą siostrą weszły do sklepu. Nie mam pojęcia jak to się stało, ale hamulec od kółek puścił i wózek razem z zawartością, to znaczy z moją osobą zaczął się staczać z chodnika w stronę jezdni. Kiedy kółka były blisko krawędzi krawężnika, Raf pyskiem chwycił za oś od kółek, tym samym zatrzymując moją wycieczkę na jezdnię. I jak w przypadku parapetu, lekko warcząc przeciągnął wózek pod drzwi sklepu. Tam puszczał ośkę i ujadał, jak oszalały, po czym znowu łapał oś, bo wózek z uporem osła staczał się w stronę jezdni. Trwało to ponoć kilka minut. Potem z pomocą przybyła odsiecz mojej mamy i siostry. Raf w nagrodę dostał całą parówkę … ja byłem znowu poszkodowany. Ani parówki, ani wycieczki wózkiem. Ech życie.  
         Któregoś gorącego lipcowego dnia 1971 roku, moi dzielni rodzice postanowili wybrać się na plażę do Brzeźna. Ot taki wypad rodzinny jakich wiele… Mama zapakowała koszyk z żarciem do bagażnika syrenki… a tatko zapakował mnie i Rafa na tylne siedzenie. Podróż nie trwała długo. Z Wrzeszcza do Brzeźna było około trzech a może czterech kilometrów. Rodzice zaparkowali autko na poboczu, gdzieś w okolicach tak zwanych bud. Budy – nazwa wzięła się z tego, że co bardziej przedsiębiorczy mieszkańcy gdańska stworzyli jakby centrum gastronomiczne, zaraz przy plaży. Można tam było zjeść świeżą smażoną rybę, napić się napojów różnej maści … od popularnej sodówki z saturatora poprzez oranżadę czy lemoniadę po piwko … może i były tam mocniejsze trunki, ale jakoś się o tym nie wspomina.   
         Rodzice wybrali miejsce przy wydmach. Z kilku powodów… Raz wydmy doskonale osłaniają od wiatru, dwa – im bliżej brzegu, tym więcej ludzi a trzy, znając zapędy odkrywcze syna, woleli być dalej od brzegu. Tata przywiązał Rafa do krzaka dzikiej róży i zaczął nogami rozgarniać piasek, tworząc taki śmieszny grajdołek. Rozłożył koce i ręczniki. Ja w między czasie sprytnie pozbyłem się odzienia i czym prędzej zacząłem kopać dołek … do dziś nikt nie wie po co, ot taka dziwna tradycja. Ojciec pozbył się ciuchów, ułożył je w kostkę. Mama położyła się na kocu buzią do słońca, tata nie zamierzał się wylegiwać. Rzucił spokojne - „idę do wody”. I poszedł w kierunku brzegu sprawnie omijając leżących plażowiczów. Troszkę to przypominało slalom, a nawet slalom gigant. I to myślę wpłynęło na decyzję ojca. Stał już po kostki w wodzie, jakby sprawdzał temperaturę wody. Odwrócił się w stronę wydm i gwizdnął na palcach. Świst gwizdnięcia doleciał do uszu Rafa… w tej samej chwili, ten bez zastanowienia ruszył w stronę taty. Taty brodzącego w wodzie z szelmowskim uśmiechem na twarzy spoglądającej na reakcję plażowiczów. Raf już był dorosłym, pięcioletnim psem. Tym samym, był na tyle silny by wyrwać z korzeniami rosły krzak róży. Mama zdążyła tylko jęknąć – „o jezu” … kiedy Raf ciął pełnym galopem do taty … ciągnąc za sobą krzak dzikiej róży.  Zadyma wzburzonego piasku rozwalanego przez ciągniony krzak, pędzące brązowe bydle z wywalonym ozorem wywoływał paniczne wrzaski rozleniwionych plażowiczów. Część z nich widząc i słysząc co się dzieje, zdążyła się ewakuować z drogi… druga cześć, część tych bardziej rozleniwionych i zaspanych plażowiczów dostała krzakiem po różnych częściach ciała. Posypały się bluzgi i wrzaski „poranionych” … jednak większa część oglądających śmiechem zagłuszyła wulgarne wrzaski. Raf szczęśliwy z wielkim pluskiem wpadł do wody i ciągnąc dalej za sobą krzak róży w najlepsze zażywał kąpieli.
 
         Mama puściła mnie (bo nie miała wyjścia) do taty i do Rafa, którzy już bawili się w najlepsze w wodzie. Kiedy dotarłem do wody, Raf uwolniony od przebrzydłego krzaka wyczyniał cuda w wodzie. Zobaczywszy, że zbliżam się do wody, raptownie poczuł przypływ szczęścia i radości … jakby dotąd było mało.  Nasza najlepsza zabawa polegała na tym, że najpierw obaj płynęliśmy do żółtej boi, potem był zwrot… siadałem na plecach psa, a ten z niespotykaną radochą płynął w kierunku brzegu. Jakoś nigdy nie brakowało sił i ochoty … jak byśmy mogli, to pewnie zabawa była by non stop. Ale sine usta, drgawki z zimna i szczękanie zębami – naturalnie u mnie a nie u psa - było sygnałem do zakończenia swawoli.     
 
      Stary wrzeszcz, lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. U zbiegu ulic Białej i Wyspiańskiego, jakby wklejony pomiędzy stare kamienice od strony ul. Zawiszy Czarnego umiejscowiony był rynek. Obszerny plac targowy, podzielony na dwie strefy. Jedna strefa to było targowisko, na które wozami konnymi przyjeżdżali chłopi z okolicznych wiosek. Na wozach przyjeżdżała cała produkcja rolna. Ziemniaki, kapusta, ogórki i wszystkie inne cuda natury… Na drugiej części były betonowe stoiska, gdzie można było nabyć mięso, drób, jajka, mleko i wszystko to co dawało się wytworzyć w domowych warunkach – naturalnie ze swoich zasobów. Od strony ul. Wyspiańskiego stało kilka betonowych i drewnianych bud. Były tam usługi szewskie, gręplarnia wełny, ostrzenie noży i nożyczek. Był też punkt nabijania syfonów. Dziś można nabyć swój domowy saturator i z naboi robić sobie wodę sodową. Wówczas były butle wielorazowe z „nosem”, które się zanosiło do punktu i tam były nabijane… Pomiędzy budami kręciły się osoby handlujące wszystkim tym co za komuny było zakazane. Złoto, waluty i cała ówczesną „lewotę” lub kontrabandę można było nabyć pokątnie … właśnie tam, na wrzeszczańskim rynku. Dni targowe były we wtorki i piątki. Po latach wprowadzono też handel w niedzielę.
 
W dni wolne od handlu, rynek był wielkim placem zabaw dla okolicznej dzieciarni. Betonowe stoły handlowe robiły za schrony, za skocznie i inne wymyślone gadżety. To były czasy, kiedy patyk robił za karabin, miecz i inne takie bzdety. Betonowy stół zamieniał się w czołg, łódź podwodną – to zależało od pomysłowości zabawowiczów.  Były to czasy, kiedy Nikoś jeździł na wywrotkach wożąc piasek, zanim zaczął wozić „golfy” i „mesie” z Niemiec. Wówczas było jakoś łatwiej… wszystko było albo białe albo czarne. „Sprawy” załatwiało się tu i teraz, bez donoszenia na milicję, bez sądów, bez skarg do rodziców. Choć były, ale bardzo rzadkie przypadki donosicieli, ale było to szybko i sprawnie załatwiane a delikwent był alienowany z ferajny. Na tyle skutecznie, że znamię „fujary” przylegało na długo jak nie na zawsze.   
 
Był to czas kodeksu honorowego; złodzieje nie kradli na swoim terenie, donosicielstwo było karane, nikt nigdy nie uderzył dziewczyny albo słabszego. A psy …. No właśnie. Rozpłynąłem się w wspomnieniach i odbiegłem od tematu. Ale w zasadzie to się wiąże z naszymi psimi bohaterami.
 
Może się powtarzam, ale muszę to jakoś napisać – to były czasy, kiedy w mieście psy mogły latać luzem a obroża i smycz to były w zasadzie nie używane gadżety. A kaganiec był naprawdę ewenementem w skali światowej. Jakoś tak było, że psy latające z nami po ulicach też były swoje. Fakt, ruch samochodowy był mały albo nawet żaden. Od czasu do czasu, ulicą przetelepała się syrenka czy stara warszawa. Mając 7 czy 8 lat nie dałem się w domu zatrzymać, przerwanie zabawy w wojnę obiadem było jak za karę. Moja mama miała na mnie sposób … Otwierała drzwi od domu i wydawała komendę do Rafcia : „szukaj Krzyśka” ! Pies jakby amoku dostał, a że znał moje rewiry jak swoje i chyba wykorzystując węch, potrafił mnie znaleźć, gdzie bym nie był. Najgorsze było, kiedy bawiliśmy się w chowanego. W porze obiadu czy czasu wieczornego, kiedy już powinienem wracać do domu. Ten kudłaty brat zawsze mnie znalazł a tym samym ja byłem odnajdywany w zabawie, wbrew temu co mi się chciało. Wówczas wydawało mi się, że łapiąc Rafcia za ucho, prowadziłem go do domu wrzeszcząc na czym świat stoi: „Mamo!!! on mnie zdradza!!!”. Było zupełnie odwrotnie.
 
Im bardziej rośliśmy obaj, tym bardziej robiliśmy się mobilni. Kiedy przyszedł pomysł, że cała ferajną jedziemy na rowerach do Brzeźna na plażę, to Raf był nieodłącznym towarzyszem. Jak pisałem wcześniej, ruch na ulicach był słaby i ogólnie było bezpiecznie. Raf spokojnie mógł podążać z nami ulicą. Na plaży (jako że Raf był psem dowodnym) zabawy w wodzie i na piasku wszelkiej maści. Myślę z perspektywy czasy, że ta bliskość z psem, wspólne wypady, zabawy itp. Powodowały niesamowitą symbiozę człowieka z psem. Kiedyś byłem dumny, że mam ułożonego psa a tak naprawdę to miałem brata pod postacią psa. Raf, „czytał” mnie w stu procentach i w zasadzie nie musiałem się specjalnie starać aby pies wykonał to co do niego mówiłem. Potem, po jakiś czterdziestu (40) latach zrobiłem to samo z moim Posokowcem Tropem. Ale o tym potem.
 
Chce zwrócić uwagę czytających na fakt – im więcej pies przebywa w naszym towarzystwie tym lepiej dla naszej relacji z psem. Nie zawsze chodzi o przytulanie czy głaskanie psa – choć sprawia mu to przyjemność, to dla psa ważniejsza jest obecność „Pana/i”. Ich uwaga i reakcja na zachowania psa jest ważniejsze od najlepszych przytulasów czy smaczków. Właściciel psa jest jedyną i niezastąpioną rodziną psa, w pełni tego słowa znaczeniu.
 
Jak pisałem wcześniej, Raf był psem rasy barbet. Są to psy myśliwskie, dowodne. Psy o bardzo łagodnym charakterze, bardzo cierpliwe i bardzo łatwe do ułożenia. Dla przykładu, mój Raf – w dni ciepłe i upalne wyrywał się z domu i biegł sobie popływać w zbiorniku retencyjnym przy kortach na ówczesnej ul. Hanki Sawickiej. Psisko wskakiwało sobie do zbiornika, robiło dwie albo trzy długości zbiornika, po czym przeszczęśliwy i umorusany w błocie wracał do domu…. Bez komend, wrzasków, przywołań itp.
 
1978 rok. Chyba wrzesień lub początek października, wróciłem ze szkoły …. i wówczas spadła na mnie straszna informacja Raf zdechł. Raf był psem dużym, psy ras dużych nie żyją długo – nie rozumiem, dlaczego, ale tak jest i już.
 
Tego feralnego dnia jakoś tak wyszło, że Raf wyszedł na dwór, machnął sikupę i wrócił do domu. Zakradł się po cichu do łazienki, uwalił się na chłodnych kaflach (wówczas ogrzewanie podłogowe jeszcze nie było takie powszechne jak dziś) i z pyskiem pod wanną po prostu zgasł. Domownicy nie zwracali uwagi, że pies okupuje łazienkę, ponieważ często tak robił jak było mu gorąco.
 Raf wiedział, że to koniec. Wyszedł na dwór, oczyścił flaki i wrócił do domu. To był jego ostatni spacer.  Do dziś pamiętam, gdzie go zakopałem na podwórku. Nie wiem jak to się stało, ale mimo tego że miałem starsze rodzeństwo, to ja kopałem dół w którym złożyłem brązowe, kudłate psisko, które towarzyszyło mi przez pierwsze dwanaście lat życia. Mojego i swojego ...
Ciąg dalszy nastąpi …..

22.07.2026  
   
 
             
Made with Kokoss psiapsota
Wchodząc na stronę www.psiapsota.pl  wyrażam zgodę na przetwarzanie moich danych osobowych dla potrzeb niezbędnych do realizacji procesu usług zgodnie z Rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. Administratorem Twoich danych jest : Agrotexim, Józef Kossowski, 83-022 Suchy Dąb, Osice 4. tel +48 691 024 380   e-mail psiapsota@psiapsota.pl

psiapsota 16.09.2026
Wróć do spisu treści